Dima i Sasza dzielą wszystko. Bracia bliźniacy z obwodu czernihowskiego dobrowolnie poszli na front. Postawili tylko jeden warunek- będą służyć razem . Są przekonani, że tylko razem mają szansę przeżyć. I to działa. Już piąty rok.
Od początku pełnoskalowej wojny służą jako medycy pola walki. Ewakuują rannych z najbardziej niebezpiecznych odcinków frontu.
Dorastali w ubogiej rodzinie. Wychowywała ich mama, której każdego ranka, przed pójściem do szkoły, pomagali rozstawiać stoisko z mlekiem na targu. Przez całe życie mogli liczyć przede wszystkim na siebie nawzajem. Wzajemnie się wspierając wydźwignęli się z ubóstwa i są z tego dumni.
Mają wykształcenie ekonomiczne, przed wybuchem pełnoskalowej wojny pracowali w sektorze bankowym. Do punktu poboru wojskowego przyjechali w garniturach, luksusowym autem. Na pytanie dlaczego się stawili, odpowiadają niemal chórem - tak zachować się należało.
Są jak żywe srebro- ruszają się bardzo dynamicznie, szybko podejmują decyzje i mówią niemal jednym głosem. Lekko jąkają się , identycznie. Jeden zaczyna zdanie, drugi kończy. Nie lubią pytania, który z nich jest starszy, bo to zakłada rywalizację, której między nimi nigdy nie było.
Kiedy Dima i Sasza wywożą ciężko rannych podnoszą ich na duchu. Jeżeli czarny humor medyków jest czarny, to czarny humor medyków bojowych jest od niego dwa razy czarniejszy!
Bracia byli wielokrotnie ranni, byli również hospitalizowani z powodu PTSD- zespołu stresu pourazowego. Po terapii wrócili do służby. Przyjmują leki i każdego dnia robią to samo – jadą po rannych.
Kiedy bracia pakują rozerwane spalone ciała poległych wojowników do worków, starają się nie myśleć. Ale obrazów z pamięci wymazać nie potrafią. To ciężar który zostanie z nimi na zawsze.
W czasie wojny tylko raz zostali rozdzieleni. Gdy bardzo brakowało ludzi , wysłano ich na dwa różne odcinki frontu. Czwartego dnia Saszę przysypał ostrzał artyleryjski. Dima został ranny w w innym rejonie..Więcej nie próbowali .
Dimę i Saszę odwiedzamy w opustoszałej wsi, kilkanaście kilometrów od frontu. Dwie niewielkie izby, polowe łóżka. Wodę noszą ze zbiornika na podwórku. Jest tam też szopa z zapasami medycznymi i generator, którego pilnuje kot . Każdego dnia dostaje za to gruby plaster suchej wojskowej kiełbasy. Chłopaki opowiadają o życiu i pracy na wojnie, o swoich dzieciach, których niemal nie widują.
Punkt stabilizacji rannych za który odpowiadają bracia jest kilka kilometrów dalej. Te kilka tysięcy metrów to tutaj bardzo wiele. Mknąc pod siatką przeciwdronowa mijamy ostatni opuszczony już wojskowy punkt kontrolny. To miejsce, gdzie tymczasowo kończy się państwo, kończy się prawo, gdzie rządzi zasada silniejszej pięści. Bracia wiedzą jak przeżyć. Decyzje podejmują niezwykle szybko i jednogłośnie.
Kilka godzin później pijemy razem kawę w Zaporożu. Chłopaki wyjeżdżają z frontu od czasu do czasu - korzystają z okazji, że mają gości, żeby wyrwać się na chwilę z wojny– jak mówią – „zobaczyć ludzi”. Posiedzieć chwilę wśród zwyczajnego życia, którym zdaje im się zaporoska kawiarnia do której docierają dżwięki syreny alarmu przeciwlotniczego. To dla nich jednak nic. Chcą zjeść eklera. Wypić kawę z pianką. Wokół ludzie rozmawiają, śmieją się, planują zakupy i spieszą do swoich spraw. Nikt nie wie, co dzieje się w głowach dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku obok.
Opatrywaliśmy rannych rosyjskich żołnierzy – zaczyna Dima. – Oni przyszli tutaj, żeby nas zabić. Wielu z nich robi to dla pieniędzy. My przyszliśmy tu, żeby ratować życie.
– Chcemy pozostać na tej wojnie ludźmi – kończy Sasza.
Przywieźliśmy im z rzeczy, których najbardziej brakowało: leki przeciwbólowe, duże mokre chusteczki do mycia rannych, akumulator do starego pick-upa, którym jeżdżą na ewakuacje, komplet opon do nieopancerzonego ambulansu Bogdan 2251, rękawiczki jednorazowe, napoje energetyczne, małe strzykawki i cienkie koce, którymi okrywają rannych podczas dalszego transportu do szpitali. Złota folia NRC działa, ale cienki koc daje namiastkę przytulność i ukojenia w morzu lęku.
Przywieźliśmy uszyte w Polsce na zamówienie nosze. W środek nasza wolontariuszka Ania wszywa małe serduszka - tak na wysokości wzroku rannego. Może w bólu mignie mu ono przed oczami, doda sił do walki o jeszcze jeden oddech ?
Przywieźliśmy też amerykańskie worki na ciała poległych.
Zaprojektowano je tak, by ciało można było umieścić w nich szybciej i z mniejszą liczbą manipulacji co ma przyczyniać się do zmniejszenia traumy osób, które to zadanie muszą wykonywać.
Za odwagę, której nie trzeba nikomu udowadniać. Za ocalone życia kosztem własnego zdrowia, za to, że mimo wszystkiego, co przeżyliście, wciąż każdego dnia wybieracie człowieczeństwo. Dima, Sasza, dziękujemy.
Dziękujemy Państwu, którzy wpłacając na zrzutkę pozwolili nam kolejny raz zabezpieczyć na jakiś czas najpilniejsze potrzeby chłopaków i bardzo prosimy o wpłaty na kolejny konwój, który już zbieramy, według szczegółowych list przekazywanych nam przez medyków i żołnierzy. Link do zrzutki: zrzutka.pl/z/41konwojZupa
Dimę i Saszę odwiedzimy znów.